«

»

mar
09
2012

Podwodne niebo

Pławię się w wannie. W swoim ciele odnajduję rybę. Jest gładka i oślizgła jak skóra moich ud. W wodzie jestem podwójna: mam cztery nogi i cztery ręce. W sam raz, aby móc pieścić więcej, mocniej, intensywniej…

Moja skóra flirtuje z wodą, zanurza się w niej, by po chwili uciec, wywinąć się z niej, z jej dotyku. Pojedyncze krople tańczą na moich sutkach jak palce mężczyzny. Parujące fale głaszczą włosy.

W wodnym żywiole cała jestem ciałem, świat sprowadza się do dotyku: wilgotnego, gorącego, wszechobecnego i niczyjego zarazem. Moje własne dłonie doskonale znają geografię mojego ciała, ale są chwile, kiedy stają się obce. Lubię je wtedy czuć, kiedy błądzą starając się odkryć we mnie coś nowego. Są jak dwa niesforne zwierzątka, które zerwały się ze smyczy, uniezależniły od swojej właścicielki. Widzę jak rozochocone wspinają się na moje piersi, by pochwycić je beztrosko, pościskać, pobawić się nimi. Węszą po moim brzuchu łaskocząc go delikatnie, dlatego mój brzuch zapada się delikatnie wgłąb jak onieśmielony dotykiem rożek ślimaka.

Potem nieoczekiwanie palce moich-niemoich dłoni drepczą mi po pośladkach, badają ich planetarną bliźniaczą krągłość, ślizgają się na nich docierając do pleców i wyprężonego jak penis kręgosłupa. W końcu zatrzymują się przy wzgórku Wenery i kręcą zalotny loczek z niesfornych jak one same włosów. I czuję się jak nieśmiała uczennica z tym loczkiem na palcu, zarazem niewinna i wyzywająca jak Lolita.

Palce są niezależne ode mnie, zaczynają się bawić perłą ukrytą w fałdach skóry jak w sukni; perła zaś pęcznieje jak dojrzewający owoc,  gotowy do zerwania owoc zakazany miłości własnej… Palce robią się natarczywe, naciskają, drażnią, podszczypują, jakby chciały sprowokować małą różową jak niemowlę perłę do wybuchu, do wytrysku jej żeńskości.

Tymczasem palce drugiej dłoni nurkują we wnętrzu mojej przepełnionej wilgocią muszli doprowadzając ją do miłosnego szału. Smagają  pchnięciami jej unerwione ściany, a każdy z nerwów jest jak struna, która odpowiada jękiem wynurzającym się z przyjemności.

Oddech powoli przyspiesza, tętno galopuje, gorąco oblewa mnie od wewnątrz, palce są coraz bardziej gwałtowne, brutalne, sterowane przez żądzę; już nic ich nie zatrzyma. Posiadłszy sama siebie miotam się w coraz silniejszych konwulsjach. Dosiadam konia rozkoszy i próbuję nim zawładnąć. Jestem dziką kobietą z obrazu Podkowińskiego, ja i koń to jedno przenikające się ciało, koń i jeździec stają się tym samym… Już, już, już jestem blisko, jeszcze ciut, jeszcze odrobina wysiłku…

Wreszcie… Ogarnia mnie ten cudowny dreszcz nie do opisania, przeszywa niczym prąd. Moje ciało nie należy już do mnie, jest całe poza mną, zanurzone w ekstazie jak orzech w miodzie. Posłusznie wyprężam się do lotu, orgazm odgina mi głowę do tyłu jak nie znoszący sprzeciwu kochanek. Moją twarz zakrywa woda i …

 … przez jedną krótką chwilę, przez tych kilka rozciągniętych w czasie sekund widziałam niebo… Wodne niebo z bulgoczącą
muzyką sfer wdzierającą się do uszu. Czas nagle zwolnił, jakby hamowało go parcie wody. Mogłam utonąć, a mimo to rozbłysły we mnie fajerwerki rozkoszy, białe gwiazdy zakłuły w powieki. Przez moment najgłębsze doznanie życia i potencjał śmierci zwarły się ze sobą w miłosnym uścisku jakby ich odwieczna walka była tylko udawaną igraszką. Wiedziałam, że mogę umrzeć, ale mimo to byłam nieskończenie szczęśliwa…

Teraz wiem już… Kiedy nadejdzie mój czas, kiedy będę musiała odejść na zawsze nie oglądając się za siebie, to chcę umrzeć właśnie tak: w glorii zaspokojonego ciała i w euforii duszy, która ciałem się stała…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • Nasza Klasa
  • Grono
  • Blip
  • Twitter
  • YouTube