«

»

kwi
12
2012

Przemoknięci

Wracaliśmy z zamku w Będzinie. Było parno; kwiaty na miejskich klombach odurzały swym zapachem jak orientalne perfumy. Ale nam wystarczyła nawzajem nasza obecność, aby móc wprawić się w odmienny stan umysłu. Byliśmy tacy zakochani, zatopieni w sobie, przepełnieni wiarą, że nigdy jeszcze nikt nie był tak szczęśliwy, a zarazem nieświadomi, że takiego uczucia doświadczają wszyscy zakochani na świecie.

Kiedy przyjechał nasz autobus, wsiedliśmy do niego z taką ufnością, jakby był naszym zmaterializowanym przeznaczeniem. Całą drogę czuliliśmy się jak tokujące w tańcu godowym ptaki, nasze oczy, usta, dłonie szukały się nieświadomie i niepowstrzymanie. Nie mogliśmy się od siebie oderwać. Nasze szczęście kłuło w oczy wszystkie zazdrosne staruszki, które posykiwały z niesmakiem bombardując nas zgorszonymi spojrzeniami.

W końcu dojechaliśmy do domu i kiedy tylko wysiedliśmy z autobusu, nagle zagrzmiało i lunął na nas ciepły, rozkoszny deszcz. Ta niespodziewana letnia burza tak nas zachwyciła, że zaczęliśmy tańczyć jak dzieci, śmiać się opętańczo, skakać rozbryzgując świeżo powstałe kałuże, ustami łapać krople jakby to były słodkie cukierki. Już po krótkiej chwili byliśmy cali przemoknięci, nasiąknięci wodą jak spragnione i napęczniałe korzenie roślin. Łapczywie wciągaliśmy rześkie, świeże powietrze, zmyte deszczem jak brudny parapet; lekkie teraz i przestrzenne, pozbawione lepkości ciężkiego upału.

Wbiegliśmy do klatki schodowej w moim bloku niesieni na szerokich, białych skrzydłach euforii. Panował tu ciepły półmrok. Przylgnęłam plecami do ściany. On jakby tylko na to czekał, obie ręce oparł po dwóch stronach tworząc dla mnie rozkoszną klatkę ze swoich ramion.

–     Ogrzej mnie – szepnęłam drżąc na całym ciele. Nagłe zmiany temperatur doprowadziły do tego, że miałam ochotę porządnie kichnąć, powstrzymałam się jednak i odruch minął.

Marek uśmiechnął się lekko i czule pocałował czubek mojego nosa.

–     To jest najzimniejsze miejsce na całym ludzkim ciele, wiesz? – powiedział. Po czym zrobił coś, co zawsze doprowadzało mnie do szaleństwa: gorący oddech musnął moją szyję, miękkie usta w mig wysuszyły wilgoć na mojej skórze. W szyi jest coś niebywale magicznego – pieszczenie jej odbija się echem po całym ciele, od niej promieniuje prąd rozkoszy jak rozchodzące się na wodzie kręgi.

Mokre ubranie jak druga skóra przylegało ciasno i ściśle obnażając kształt moich piersi, gładkość ud, rozłożystość bioder. Jego cienkie spodnie zdradziły wyprężoną męskość. Krople wody spływały nam po wilgotnych włosach docierając do rozpalonej żądzą skóry i zdawało nam się, że syczą jakby wpadły do rozgrzanego oleju. W naszych ciałach płonął już gniew niezaspokojonej namiętności. Palce stawały się coraz bardziej niecierpliwe i zachłanne. Męskie biodra napierały na mnie z coraz większą siłą. W mokrych ubraniach byliśmy stokroć bardziej nadzy niż bez nich, a to działało na wyobraźnię i sprawiało, że każde dotknięcie odczuwało się bardziej intensywnie.

Język Marka wdzierał się coraz głębiej w moje usta, z pasją oddawałam mu pocałunki ssając i kąsając jego wargi. W końcu dysząc z przejęcia rozdarłam mu koszulę rozdrapując mu ją na piersiach. Syknął krótko sygnalizując ból, ale nie powstrzymał mnie. To mnie rozpaliło jeszcze mocniej. Chwyciłam go za przemoczone pośladki i przyciągnęłam jak najbliżej. On zaś sprawnie wsunął dłonie pod moją sukienkę, podniósł mnie za uda do góry i pomógł zapleść nogi wokół swoich bioder. Byłam tak nieludzko rozpalona, że to aż bolało. Najprawdziwszy fizyczny ból wznieconego podniecenia przekłuwał mój brzuch. Instynktowna chęć natychmiastowego zbliżenia opętała moje myśli. Nic się już nie liczyło; chciałam to zrobić już , zaraz, natychmiast!!!

–     Doprowadźmy nasz grzech do końca… – wyszeptałam w jego rozgrzane jak w gorączce ucho pogryzając je przy okazji.

–     Tutaj? Przecież ktoś nas może zobaczyć… – odpowiedział zaskakująco przytomnie, ale i dość niewyraźnie zajęty ssaniem moich nabrzmiałych piersi.

–     Może piwnice są otwarte? – wyjęczałam z nadzieją. – Sprawdź…

W nagłym przypływie energii oderwał się od moich piersi i w przelocie podgryzł w gardło. Potem cmoknął w usta niczym na pożegnanie i pobiegł w stronę drzwi prowadzących do piwnic. Nacisnął na klamkę i…  – szczęście nam sprzyjało! Drzwi uległy tak jakby nasze podniecenie miało moc przenoszenia się na przedmioty martwe…

Rozchichotani jak małe dzieci smakujące zakazany owoc, zbiegliśmy w dół po schodach trzymając się za ręce. Niezwykłość sytuacji i miejsca podniosła natychmiast adrenalinę i sprawiła, że krew uderzała do głowy. Rozpieszczone ciała  zareagowały teraz gęsią skórką, spięte nagle i czujne. Celowo nie zapaliliśmy światła, żeby do całej tej gamy doznań i wrażeń dodać jeszcze odrobinę instynktownego strachu przed ciemnością. Jednak, aby ten strach nie przerodził się w panikę i nie zabił w nas chęci skończenia tego, co zaczęliśmy – na miejsce naszych dalszych nieprzewidywalnych igraszek zgodnie wybraliśmy starą suszarnię z małym okienkiem usytuowanym na poziomie sutereny. Zmierzch dopiero zapadał, więc przedostawały się tam ostatnie resztki dziennego światła.

Marek odzyskał wigor i przycisnął mnie do ściany całując z takim zapamiętaniem jakby to były ostatnie chwile naszego życia. Oddałam się temu całkowicie – nikomu tak nie ufałam, jak właśnie jemu. Mógł zrobić wszystko, a ja do końca nie straciłabym pewności, że na pewno nie zrobi mi krzywdy. Uwielbiałam jego chłopięce ciało z ramionami prawie tak szczupłymi jak moje, a jednak znacznie silniejszymi, z łagodnie zaznaczonym i nieznacznie owłosionym torsem o delikatnych różowych sutkach, które uwielbiałam ssać.

Właśnie zaciskałam oczy z rozkoszy, bo Marek klęczał u moich stóp; jego słodkie, miękkie usta całowały się z moimi podwójnymi wargami, a jego delikatny zarost łaskotał mnie po wewnętrznej stronie rozgrzanych ud. Kiedy nagle doznałam niejasnego uczucia, że ktoś mi się przygląda. Nie wierząc sama sobie, zmusiłam się, żeby otworzyć zamroczone ekstazą oczy i spojrzałam wprost przed siebie na sporą szparę w niedomkniętych drzwiach. Wydało mi się, że przemknął tam szybko jakiś cień i że coś zaszurało prawie bezgłośnie, ale jednak na tyle wyraźnie, żeby moje zmysły to dostrzegły. Pomyślałam, że to mógł być szczur i na tę myśl wzdrygnęłam się ze wstrętem. I znowu telepatyczna łączność między nami dała dowód swojego istnienia. Marek jakby odczytał moje myśli i wymamrotał szeptem odpowiedź na niezadane jeszcze pytanie:

–     Nie bój się, kochanie. Tam nic nie ma.

Jego słowa uspokoiły mnie. Z lubością znowu odpłynęłam i zanurzyłam się w swoim ciele jak w ciepłym, ożywczym oceanie.

Język Marka miał już sporą wprawę we flircie z moją łechtaczką, ale za każdym kolejnym razem stawał się coraz lepszy. Byłam już wystarczająco wilgotna i gotowa. Nie można było już dłużej zwlekać.

–     Obróć się, kotku. Tak będzie najwygodniej… – wyszeptał kąsając moje uszy. Zabrzmiało to trochę jak usprawiedliwienie się z egoistycznej zachcianki, ale nie było potrzebne. Uwielbiałam tę pozycję: najpierwotniejszą i najbardziej dziką; tę najczystszą w swej istocie formę męskiej dominacji. A moja uległość była uległością tylko pozorną, dawała zbyt silną przyjemność, abym mogła ją kojarzyć z pokorą i karnością biernej samicy. Nie, … to była swoista uległość rozwydrzonej kotki, uległość wyrachowana, bo świadoma mającej ją czekać nagrody.

I stało się. Wszedł we mnie gładko i bezboleśnie, wślizgnął się jak po lodzie – bez żadnego oporu. Wygięłam się w jego stronę i oparłam ręce na przeciwległej ścianie; moje nagie pośladki błysnęły w półmroku. Wpadłam w ten cudowny bujany rytm zgrania się dwóch ciał, najpierw jakby leniwy i niepewny, kołyszący jak bujany fotel, potem coraz szybszy, silniejszy, przeszywający, wydrążąjacy we mnie miejsce dla wchłonięcia ukochanego mężczyzny. I kiedy już zupełnie zapomniałam o niedawnym nieprzyjemnym wrażeniu – nagle to dziwne uczucie powróciło, tym razem ze zdwojoną siłą. Byłam już pewna, ze ktoś na mnie patrzy… Ktoś trzeci… Dyskretnie obróciłam głowę w bok w stronę uchylonych drzwi i… zobaczyłam go. Właściwie nie wiem czemu, ale czułam, że to mężczyzna, chociaż udało mi się dojrzeć jedynie błyszczące oczy. Reszta postaci skrywała się za drzwiami. Nie byłam pewna czy Marek też go zauważył, ale pomyślałam, że nawet jeśli tak, to pewnie udaje, że nie, bo nie chce przerywać. Uznałam, że to diabelsko sprytna taktyka, tym bardziej, że obecność anonimowego widza podsyciła tylko nasz ogień. Adrenalina zalewała nas jak wrzątek. Byliśmy już nie do rozłączenia – choćby nagle nastąpić miał koniec świata – musieliśmy dotrzeć do finału.

Marek stawał się coraz bardziej gwałtowny, wręcz agresywny, spalał się we własnym ogniu i nacierał na mnie z wciąż rosnącą siłą. On już nie kochał się ze mną – on mnie posuwał jak dziwkę, on mnie r ż n ą ł….!  Moja krew tak smakowicie przyprawiona czarnym pieprzem rozprysnęła się we mnie zalewając wnętrzności, zalewając mózg! Orgazm wydarł mi z gardła okrzyk tak potężny, że prawie równy samemu doznaniu… Skrawkiem świadomości zanotowałam niejasno, że mój krzyk był podwójny; we mgle otumaniającej ekstazy zdałam sobie sprawę, że Marek też krzyczał…

Wyczerpani osunęliśmy się na zimną, betonową posadzkę i wtuleni w siebie trwaliśmy tak przez jakieś dziesięć minut, po prostu nie byliśmy w stanie się poruszyć. Może nawet nie byliśmy do końca przytomni; jeśli przez długie sekundy odkrywało się istnienie metafizycznych światów, to  nie da się tak łatwo wrócić do rzeczywistości…

 Do dziś zastanawiam się kim był ten sąsiad, który wprosił się na naszą ucztę zmysłów, bo do tej pory tego nie wiem. Ale wiem za to co innego…  Ten krzyk to nie był duet… To był tercet…  Tertium quid… Tertium non datur…

———————-

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • Nasza Klasa
  • Grono
  • Blip
  • Twitter
  • YouTube