«

»

maj
19
2012

Królowa Margot

Królowa Margot

 zainspirowane sceną z filmu „Królowa Margot”  P. Chereau

    

Była w nagłej potrzebie. Nie lubiła czekać. A tymczasem nie było nikogo, kto sprostałby jej wymaganiom. Gilbert nie wchodził w rachubę po prostu dlatego, że jego temperament zdawał się być w zaniku. A Margaret była na głodzie, na długotrwałym i intensywnym głodzie. Na głodzie tak silnym, że gdyby mogła, zamieniłaby się w mężczyznę, żeby tylko móc sobie samej dogodzić.

Margot była kobietą o urodzie rasowej kocicy: jej wielkie, czarne, lekko skośne oczy rzucały na mężczyn przenikliwe, wyzywające spojrzenia, których długo nie mogli zapomnieć. Jej pełne, naturalnie czerwone usta o pięknie wykrojonym kształcie wydymały się zdradzając dużą pewność siebie lub też rozchylały się zachęcająco ukazując lśniącą biel zębów. Długie i czarne jak węgiel, błyszczące, proste włosy zdumiewały swą jedwabistością przy każdym dotknięciu. Jej giętkie, doskonale proporcjonalne ciało przypominające kształtem klepsydrę nieustannie wysyłało seksualne sygnały przywabiając niczego nie podejrzewających mężczyzn tak jak pajęczyca przywabia samca, aby po zaspokojeniu żądzy móc go pożreć…

Znała swoją wartość i nie zadowałała się byle czym, była wymagająca, ale i niezwykle aktywna i pomysłowa w zakresie ars amandi. Jednak jej pełna energii i życia natura  sprawiała, że dotąd nie spotkała kochanka, który dorównywałby jej temperamentem. Było w niej coś jeszcze, co intrygowało i onieśmielało zarazem: pewna naturalna, pozbawiona sztuczności królewska wyniosłość, która sprawiała, że zawsze, gdziekolwiek się pojawiła, wzbudzała podziw mężczyzn i zazdrość innych kobiet blednących przy niej tak jak niedoskonałe kopie bledną w zestawieniu z oryginalnym obrazem.

Sprawnym i pełnym wdzięku ruchem zarzuciła na ramiona narzutkę w kolorze wrzosu, a potem ze szkatułki sekretnie przechowywanej za rzędem wytwornie oprawionych książek wyciągnęła swoją maskę. Była to maska zrobiona niezwykle kunsztownie : wokół otworów na oczy pyszniły się łańcuszki drobniutkich diamentów, szafirów i jeszcze pewnych szkarłatnych jak krew kamieni o niezanej prowieniencji, zaś na górze rolę teatralnie przerysowanych brwi pełniły prawdziwe pawie pióra. Właśnie ta maska była dla Margaret przepustką do wolności. Lubiła ją zakładać, kiedy pragnęła uwolnić się od narzuconego jej wizerunku, kiedy chciała być sobą i nie musieć za to ponosić konsekwencji. Wtedy mogła zasmakować samego jądra życia, zanurzyć się w nim tak jak się zanurza zęby w miąższu soczystego owocu.

Właśnie teraz nadszedł moment, kiedy maska miała wypełnić swoje zadanie. Margot założyła ją wiążąc mocno dwa końce wstążki, po czym skropiła się perfumami, przygładziła puszyste włosy, poprawiła szeroką, rozłożystą suknię, wskazującym palcem uniosła nieco do góry swoje gęste długie rzęsy, na koniec zaś uśmiechając się leciutko z zadowoleniem spojrzała na swoje odbicie w lustrze i powiedziała do niego z całą stanowczością:

– Nie spędzę nocy bez mężczyzny.

Nadciągał sierpniowy wieczór ze swoim nastrojowym graniem świerszczy, milczeniem ptaków, ściszonym, furkotliwym lotem zabłąkanej ćmy wokół zapalonych latarni. Margot wyszła na wyludnioną ulicę Paryża i udała się na łowy. Szła z wdziękiem kołysząc biodrami i nie było w tym ruchu ani odrobiny przesady. Stukot uderzających w chodnik obcasów obwieszczał jej obecność nielicznym przechodniom, a jej wyrafinowany strój przyciągał ich spojrzenia.

Miała do przebycia jeszcze kilka przecznic do miejsca, w którym na peryferiach miasta toczyło się burzliwe nocne życie. Dotarła w końcu do ulicy miejskich ladacznic, kobiet, które swoim wyglądem i zachowaniem uwłaczały poczuciu dobrego smaku i stanowiły istną karykaturę rodu żeńskiego. Ich wulgarność, przerysowane, krzykliwe makijaże, przesiąknięte kiczem stroje, ich prymitywne słownictwo i prostackie gesty sprawiły, że Margot minęła je z wyższością nie kryjąc wyraźnie malującego się na twarzy obrzydzenia i nieodpartego wstrętu. One odpłaciły jej spojrzeniami pełnymi jadu i zawiści i, oczywiście, niewybrednymi w formie okrzykami w rodzaju:

–  Spadaj stąd, lalka, to nasz rewir! Po co ci ta maska ? Pewnie jesteś maszkarą, co?! – w tym miejscu zarechotały wszystkie zadowolone z udanego dowcipu.

Margot zbyła ich zaczepki lodowatym, wyniosłym milczeniem i minęła je. Pogardzała nimi bez cienia litości. Sama nigdy nie poszłaby w ich ślady. Była na to zbyt dumna. Osobista godność stanowiła dla niej wysoką wartość, zbyt wysoką, aby rezygnować z niej za cenę bycia przedmiotem w rękach równie lubieżnych i prostackich mężczyzn.

Była już prawie u celu. W najdalej położonym punkcie miasta można było znaleźć dzielnicę paryskich żigolaków. Byli wśród nich mężczyźni rozmaitej maści: cuchnące i zaniedbane odbicia kobiet dziwek, sympatyczni prostaczkowie, umięśnieni atleci, mężczyźni niepozorni, mężczyźni dojrzali wiekiem i bogaci doświadczeniem, młodzieńcy o niewinnych jeszcze twarzach. Wielu z nich, podobnie jak ich siostry po fachu, prowadzili tajemnicze i pełne wyrzeczeń podwójne życie.

Margot oczywiście była tu nie po raz pierwszy. Wiedziała doskonale, że ten, kto ma pieniądze, ten tak naprawdę ma władzę, do niego należy wybór i ostatnie słowo w grze. Margot miała pieniądze. Właściwie miała ich wystarczająco wiele, aby móc stawiać najwyższe wymagania i, co za tym idzie, kupować najlepszych mężczyzn po najwyższej cenie. Ta wygórowana wartość dawała też gwarancję znacznie niższej – niż u innych – liczby poprzednich partnerek. Margot nie lubiła być z nikim porównywana. Była też bardzo zaborcza i nie znosiła z nikim dzielić się swoją własnością – bo tak myślała o swoich kochankach.

Podeszła do najmniej licznej grupy młodych mężczyzn o chłopięcych, delikatnych rysach. Zawsze wybierała właśnie takich: mężczyzn-chłopców, mających w twarzach niewinność dziecka i delikatność kobiety; mężczyzn o ledwo widocznym zaroście i miękkich, nieco jaśniejszych włosach. Z czarującym uśmiechem wskazała palcem na młodzieńca, który patrzył na nią błękitnymi oczyma i powiedziała:

– Ty! Będziesz mój. Chodź! – po czym nieśmiałego i lekko zaskoczonego wzięła za rękę i poprowadziła w ciemność – najbliższej bramy.

Tam, w w półmroku, do którego docierały pojedyncze struny świateł, Margot sięgnęła swą białą dłonią za dekolt sukni i wyciąnęła banknot, na widok którego chłopcu zalśniły oczy. Ona zaś nie wahając się wsunęła mu banknot wprost do kieszeni, a przy okazji tej czynności jej ręka mogła ni to przypadkiem ni to wyrachowanie ścisnąć jego pośladki. Wydatne jak u kobiety wargi młodzieńca rozchyliły się lekko, lecz pożądliwie i Margot nie mogła się powstrzymać i pocałowała go. Jego reakcja jednak zdumiała ją.

– Tylko nie w usta!- zaprotestował cudownym falsetem. Pomyślała, że zachował się jak prawdziwa dziwka.

– Już dobrze – uspokajającym gestem pogłaskała go po falujących krótkich włosach i ujęła go za ręce, które położyła na swojej wspaniale wciętej talii. Zauważyła, że chłopak ukradkiem przełknął ślinę, a jego członek wyprężył się w spodniach.

– No weź mnie, na co czekasz? – zachęciła go.

Podziałało. Władczym ruchem, tak jakby coś się w nim nagle obudziło, przyciągnął ją do siebie i zaczął całować białą szyję. Poczuł jej wyrazisty zapach, piżmowo zamglony i kuszący, przejrzysty, ale drażniący zmysły. Wtedy jego ręce stały się rozbiegane i niecierpliwe; ścisnął mocno jej pośladki mrucząc z poirytowaniem na tak gęstą suknię. Nagle obudził się w nim drapieżnik. Wgryzł się w jej szyję jak wampir; odrobinę za mocno. Zacisnęła jednak wargi i nie zbeształa go nie chcąc go spłoszyć. Zamknęła oczy z rozkoszą oddając się anonimowemu kochankowi. Potem niewiele myśląc obiema rękami rozerwał jej dekolt sukni i równie gwałtownie wessał się w jej drobne, kształtne piersi, łapczywie na przemian to przygryzając to liżąc różowe sutki. Jednocześnie jego ręce wytrwale szukały wejścia w fałdach sukni. W końcu znalazły. Wtedy chłopak uklęknął i przytrzymując brzegi uparcie opadającej sukni zaczął rozchylać językiem jej płeć zanurzając jednocześnie nos w  pachnącym futerku. Margot jęknęła czując wibrujące ciepło rozchodzące się falami po całym ciele wprost od pieszczonego miejsca. Jej kochanek spojrzał ukradkiem na jej rozchylone usta i widząc efekty swoich zabiegów, nasilił starania. Chłopak miał wyjątkowy talent do sprawiania kobiecie oralnej przyjemności. Doskonale wiedział, w którym miejscu można polizać mocniej, a w którym należy postępować subtelnie. Delikatnie kąsał i ssał jej nabrzmiałe wargi, z wielką ostrożnością bawił się arcywrażliwą łechtaczką, potem wdzierał się do wnętrza pochwy jak mały wąż trzepoczący motylimi skrzydłami. Margot już nie panowała nad swoim ciałem: wiła się cała jak w jakimś sennym tańcu, to oddalala, to znów rytmicznie przybliżała swoje biodra do jego twarzy i łkała w ekstazie. Po dobrych kilkunastu minutach przerwał w końcu i z rozbrajającym uśmiechem i nie wyciągając rąk spod sukni chwycił jej pośladki i uniósł do góry z siłą, o jaką go nie podejrzewała. Margot w lot odczytawszy jego zamiary oplotła jego biodra nogami, a on natychmiast przygwoździł ją do ściany. W tak dogodnej pozycji członek gładko wsunął się w nią i znów poczuła ten przeszywający dreszcz, jaki czuje kobieta, gdy jest wypełniona przez mężczyznę; poczuła tę nieodganioną jedność, tę pierwotną łączność ciał dążących do spełnienia.

Chłopak zaczął się ślizgać w jej wnętrzu rytmicznie nadziewając ją na siebie kołyszącym ruchem. Właśnie ten ruch, to upojne niezdecydowanie męskości wchodzącej w kobiecość i wycofującej się z niej, to była kwintesencja zaspokojenia głodu Margot. Łzy nasycenia wypływały z niej obficie, wyprężony, czerwony członek kąpał się w jej sokach jakby przyjmował chrzest. Margot i jej kochanek znali się zaledwie od godziny, ale ich ciała dopasowały się do siebie tak jakby znały się od zawsze. Intuicyjnie zgrali swoje ruchy powodując, że ich wspólne słodkie, bolesne napięcie zaczynało szybko wspinać się coraz wyżej i wyżej. Chłopak czuł, jak paznokcie Margot wbijają się w jego twarde, napięte z wysiłku pośladki i chociaż sam był bardzo blisko, czujnie obserwował kobietę i wysyłane przez jej ciało sygnały zbliżającego się finału. Nagle usłyszał jak  jej jęki wchodzą na wyższe piętra i jak orgazm wydziera z jej gardła potężny okrzyk. W tej samej chwili wytrysnął w nią powtarzając jej krzyk, jego sperma i jej soki zlały się w jedno. Przez długą chwilę ich głowy odchylały się w tył jak przyciągane siłami przeciwnych biegunów; ukrzyżowani wspólną rozkoszą trwali tak przytwierdzeni do siebie nawzajem….

Kiedy było już po wszystkim, z trudem wrócili do rzeczywistości. Margot oblizując wyschnięte wargi okryła narzutką ramiona przykrywając rozdarty dekolt. Patrzyła jak jej kochanek osunął się pod ścianą i dyszy jeszcze przymykając powieki. Z czułością wsunęła dłoń w jego włosy i połaskotała za uchem. Chłopak otworzył zamglone oczy, kiedy zobaczył, że wstała, spojrzał na nią błagalnie i pytająco zarazem i wyszeptał:

– Zobaczymy się jeszcze? Nawet nie wiem kim jesteś… Jak cię poznam?

Margot uśmiechnęła się zagadkowo, musnęła palcem pawie pióro na swojej pięknej masce i nie powiedziawszy ani słowa – odeszła.

Nigdy nie poznaje się kobiety do końca….

 

—————————

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • Nasza Klasa
  • Grono
  • Blip
  • Twitter
  • YouTube